sobota, 28 kwietnia 2018
sobota, 7 kwietnia 2018
SHE
Wszelkie techniki są jej znane, wiedza
również. Potrafi się odpowiednio zachować, nie epatując swoim
zachowaniem w ogóle. Potrafi milczeć, cierpliwie czekać potrafi.
Raz przekaże informację w tak zwanym przelocie, cenną informację,
z którą jednak nie bardzo wiem co zrobić. Nie bardzo czuję, co
mógłbym z nią uczynić. Poza tym nie rozprasza się, nie odwraca
głowy, nie rozgląda na lewo i prawo, tylko mówi, mówi, mówi. A
do księgarni przychodzą nowi ludzie i nim ona się obejrzy - bo ja
to widzę i rejestruję na okrągło - knajpa już jest pełna. Nawet
właściciele potrafią zmienić się za ladą i obojgu powiem "dobry
wieczór", kiedy ona ich nawet nie zauważy.
Powiedzieć, że przypomina mi Pe, to
niewiele powiedzieć Dosłownie pochłonęła te wiersze i ten tomik,
przepracowała każdy szczegół, wskazując dwa teksty do korekty i
jeden do wyjebania. Do tego używała terminów, zwrotów,
rozplątywała znaczenie poszczególnych rekwizytów, oznaczała ich
symbolikę, stwierdzając przy tym na jednym wydechu, że to nie
ojciec potrafi być taki czuły, tylko ten, kto w nim to dostrzegł.
A z nowych oddechem, dodając - i to nie ona jest najważniejsza w
tych wierszach o niej, a ten, który ofiarowuje jej to słońce.
Zostaje jedynie postawić kropkę nad i, już mi się nie wyślizgnie,
sama siebie przyparła do muru. Mogę już śmiało podejść,
docisnąć ją do ściany, przy której się znalazła i zadrzeć
jej kieckę do góry. Prostszymi słowy: zwyczajnie spytać, czy w
ogóle podobają jej się te teksty? Czekam i uśmiecham się w
duchu, powoli rozpinając rozporek. Cóż może powiedzieć, czymże
zaskoczyć, nie ma wyjścia.
A ona znajduje rozwiązanie, mówiąc,
że to nie ma znaczenia, czy jej się wiersze podobają. Ta odpowiedź
wypada z jej gardła również jakby w przelocie, bez zbędnych
analiz, więc patrzę na grafiki Olbińskiego i wolno, pod stołem,
zapinam rozporek, chowając niedoszłe narzędzie gwałtu w
spodniach. Tym się różni od Pe. Mówi wprost o wierszach i opisuje
je takimi jakie są, ale nie mówi, że się jej podobają. Przez to
nie mogłem dojść. Zatrzymuję się na tych grafikach, które
zawiesiła tu Kasia. Na jednej z nich, do pani w nocnej sukni, skrada
się facet na zawieszonej surrealistycznie linie wychodzącej z
gałęzi drzew. Skrada się niczym kot, a ja zastanawiam się, czy
Marta widzi to samo. Im dłużej patrzę na Olbińskiego tym więcej
swojego wewnętrznego zmieszania udaje mi się tam wepchać. No bo
jak to, dlaczego od razu, z marszu, z miejsca nie powiedziała, że
TAK PODOBAJĄ MI SIĘ TE WIERSZE ...???
Po raz kolejny urealnia się to, że
przecież nie jest głupia, musiała to widzieć, lub celowo nie
powiedziała. Czas więc zejść ze mnie i wsiąść trochę na nią.
Popytać. Interesuje mnie jej działalność. Mówi, że pracuje w
społecznym liceum i to jest jest baza. Stamtąd może robić wypady
w kierunku szkoleń dla nauczycieli - to raz, współpracować z
wydawnictwem, wydając dla niego opinie - to dwa, być w radach
naukowych Książnicy i Filologii na UwB - to trzy i cztery, oraz
prowadzić zajęcia z Wiedzy o Kulturze na Politechnice - to pięć.
Sześć to pomniejsze działalności, w tym w klubie filmowym w
swojej szkole.
- Może nie mam do końca satysfakcji z
życia, ale mam z siebie, z tego do czego doszłam i gdzie jestem.
Teraz mogę wybierać.
Najbardziej interesujące padło do
pierwszego przecinka. To do przecinka było tym jedynym razem, kiedy
się otworzyła. Być może uczyniła to mimowolnie, w przelocie, ale
jak już powiedzieliśmy raz, tak powtórzmy to głośno NIE JEST
ŚLEPA. Zacząłem odczuwać dyskomfort. Z niedawnego przyciskającego
do muru, stałem się przyciskany i przygaszony. Wróciliśmy do
tekstów i nie potrafiłem nawet odnaleźć tych, o których mówiła,
bo sama znajdowała je o wiele szybciej.
- Jezus, aleś ty inteligentna -
syknąłem do siebie pod nosem.
Usłyszała.
Spojrzała na mnie znad pliku kartek,
które wertowała, i jakby znów mimochodem rzuciła - a ty myślisz,
że nie jesteś? Nie byłoby czwartego spotkania, gdybyś nie był -
ucięła. Po czym wróciła do wertowania pliku, zanurzając się w
nich ponownie, bez najmniejszego problemu, jakby zanurzała się w
morzu, nawet nie poprawiając okularów. A później wyławiała z
nich i kładła na stół swoje frutti do mare; anafory, epifory,
aliteracje, i co tam kurwa jeszcze - nie spamiętałem.
Kiedy wychodzimy na zewnątrz w mroźną
noc, pytam, czy postoi jeszcze chwilę i zaczeka, aż zapalę. Ona
zgadza się, a ja chcę jej koniecznie powiedzieć o Pe. O tym, że
nikt dotąd nie zajmował się tak wnikliwie moją twórczością,
jak ona, wspierając się na solidnych filarach oczytania i wysokiego
ilorazu inteligencji.
- Eli, wyrwij ty się z tego grajdoła
- wyprzedza mnie Marta. Wiesz, dlaczego Kaśka nie napisała ci nic
na temat tych wierszy? Bo to ją zwyczajnie przerosło. Tu każdy ma
jakieś kompleksy.
A nie mówiłem? Powiedzieć, że
przypomina Pe, to niewiele powiedzieć. Różniły się tym, że
Marta mogła stać tuż przede mną, tak blisko i niebezpiecznie
realnie. Trzymałem w palcach jeszcze kawałek tlącego się
papierosa, ale chciałem już ją zwolnić z czekania i powiedziałem,
żeby wracała. Wsiadła do swojego peugeota i odjechała. Nikt nie
musi dotrzymywać towarzystwa mojemu nałogowi. Powiedziała tak
dużo, że zostało teraz strawienie tego i przejście nad tym do
porządku dziennego. Wieczorna fiesta, niezaplanowana uczta. Czułem
się syty, czułem w środku radość. Kiedy odjechała,
przespacerowałem się kilka kroków w tę i z powrotem, w blaskach
latarni, na gwarnym zakręcie, z przerażeniem dochodząc do wniosku,
że przecież mam tylko te wiersze oraz fale na głowie. To wszystko.
W środku jestem pusty jak bęben i choć to miała być tajemnica,
to przecież, jak już powiedzieliśmy - dziewczyna ślepa nie jest.
Co miała zobaczyć, na pewno zobaczyła...
I z tymi wnioskami, a także z workami
po ostatnich porządkach w skarbcu, załadowanymi w bagażniku, jadę
w sobotnie popołudnie drogą S19 w stronę Kuźnicy Białostockiej.
Przez ostatnie dni nawiedził nas prawdziwy mróz, przetaczając się
wolno znad samej Syberii. Słońce zachodzi na ogniście pomarańczowo
- gęste jak galaretka. Chociaż wczoraj, kiedy byłem w pracy i
przypatrywałem się jak chowa się między dwoma wieżowcami,
pomyślałem, że ścieka jak stary atrament między rozchylone uda
horyzontu. Przypomniał mi się mój wiersz z Oddechów, chwyciłem
za aparat, zrobiłem szybko zdjęcie i umieściłem je wraz z
wierszem na FB. A teraz świeciło jeszcze jaskrawiej, odbijając się
od śniegu. Mam włączoną muzykę, zastanawiam się, czy nie
zadzwonić do Księżnej. Po krótkim namyślę, rezygnuję. W końcu
jadę do Edwarda, ostatniego mizogina alfa w promieniu kilkuset mil.
Telefon do Księżnej byłby jak łyżka miodu do ojcowskiej słoniny,
którą on tak lubi się raczyć.
Edward też słucha muzyki, tyle, że z
radia. Krząta się po kuchni, nie słyszy kiedy wchodzę i na mój
widok oczy mu rozbłyskują tak szczerze, że aż chwyta za obojczyk.
Witamy się i pytam go, gdzie mogę zostawić worki. Mówi, żebym
zaniósł jej pod wiatę i pyta, czy ma pomóc. Nie, nie trzeba -
odpowiadam i jednocześnie oferuję się, że przyniosę mu kilka
worków drzewa.
- Dobrze. To ja pozmywam - odpowiada
ochoczo ojciec.
Już po wieprzowych nóżkach w
kapuście, tuż przed deserem, rozstawiamy talerzyki do ciasta,
wsypujemy kawę rozpuszczalną do kubków, ojciec stawia na stole
popielnicę i aż nogami przebiera, żeby wreszcie dostać papierosa
i zapalić. Dziś nie ma przerw między nami, cały czas wypełniamy
rozmową, nawet zdążyłem już odmówić pożyczenia mu dwóch
stów. W końcu go pytam.
- To czego ty właściwie byś mi w
życiu życzył?
Ojciec spogląda w okno, uśmiecha się
sam do siebie i po chwili powraca ze świata swoich przemyśleń na
ziemię. Patrzy na mnie i teatralnie wznosi czoło z mięsistym
nochalem ku górze, zaczynając falować łapkami, jakby udawał
wirtuoza przy fortepianie.
- Żeby w twoich wierszach rządzący
mogli znaleźć jakąś mądrą radę i zwykli ludzie też mogli
znaleźć coś mądrego. Żeby twoje tomiki nie leżały na ladzie,
tylko były sprzedawane. Żeby panie od progu pytały, czy są już
nowe książki Buczyńskiego? A ta co je sprzedaje, żeby krzyczała,
już już, chwileczkę i wychodziła szukać twoich książek. Żeby
ludzie pytali czy są twoje wiersze w księgarniach. A nawet żeby te
BŹDZIĄGWY w PKS-ie, wracając do domu po pracy, rozmawiały ze sobą
- ty czytałaś już najnowsze wiersze Eligiusza Buczyńskiego?
Tego ci życzę.
Siedzimy, palimy, kłęby dymu unoszą
się nad nami. Zajadam jego wafelki. Choć i tak jest mi już
wystarczająco słodko i przyjemnie.
wtorek, 3 kwietnia 2018
chujosis
Tego dnia byłem tak nie w sosie, tak
unikalnie wydrenowany, że przez pół dnia w pracy zadręczałem
swoją Izę cierpkimi zdaniami o potrzebie rychłego przejścia na
emeryturę, zazdroszczenia starcom, a także o tym, że w takim
stanie w ogóle pracować mi się nie chce. Znosiła to życzliwie,
aż do momentu, kiedy skierowała do mnie pytanie, czy można komuś
choremu na schizofrenię, powiedzieć, że ją ma? Bez namysłu, jako
ekspert od wszystkiego w takich chwilach, odpowiedziałem jej, że
nie tylko można, ale nawet trzeba! Ochotnie przedstawiłem wyższość
mówienia od nie mówienia, dodając na koniec, że tylko prawda nas
wyzwoli. I dopiero kiedy skończyłem gadać, zapaliła mi się we
łbie czerwona lampka, informująca że ona to przecież o mnie mówi!
A to spryciara. Nawet jeśli nie myślała o mnie, to wiedziała, że
o sobie pomyślę. Ech, czułem się jak królowa przyduszona laufrem
koniem i wieżą. Co najwyżej mogłem iść na remis, stracić swój
ruch, przyznać się i zamknąć gębę. Inne rozwiązania
skazywałyby mnie na porażkę. Wybrałem remis. Zamknąłem się,
posiedziałem kwadrans, następnie włożyłem kurtkę i odęty
oznajmiłem, że wychodzę na kawę. Do Akcentu.
Po powrocie zasiadłem do pisania
protokołu z ostatniego zebrania kierowników i dopiero to mnie z
wolna uspokajało. Uspokajało, uspokajało, aż kiedy skończyłem
pisać - na dobre uspokoiło. Kolejny raz, samo pisanie, nawet
zwykłego protokołu, okazało się najlepszym lekarstwem na
rozcharataną duszę.
Tego dnia, po pracy, czyli po
siedemnastej, miałem w planach zniesienie worków do samochodu.
Przez tydzień pakowałem w nie to, co uważałem za zawalające i
niepotrzebne w skarbcu. Czyjeś zeszyty, zdjęcia, ulotki
okolicznościowe, jakieś pozostałości po dawnych wystawach. Nie
mogłem tego wyrzucić oficjalnie, do firmowego kosza, więc
postanowiłem, że wywiozę do Czarnej, i że przy jakiejś okazji,
wspólnie z ojcem to spalimy. Zadzwoniłem, powiedział, że się
zgadza, więc chwyciłem dwa worki, zniosłem je na dół, wrzuciłem
do bagażnika i wróciłem po następne. Wszedłem do windy,
zjechałem w dół, wszedłem do garażu, a tu oczom mym ukazuje się
- Księżna - jop jego mać, w swojej pełnej krasie. A być może
nie w pełnej, bo nie zwróciłem uwagi, czy Księżna jop jego mać
ma na sobie kieckę, spod której wychodzą znajome iksy. Tym razem
uwagę przykuły usta. Były czerwone, jak - przepraszam za gówniane
porównanie - dojrzała jarzębina. To jeszcze nie był burgund, ani
nawet karmin, ale ten odcień już do całowania się niebezpiecznie
zbliżał. Stała w krasie, tylko do kogo się skradała, wszak dawno
jej nie widziałem z barwionymi ustami. I jakże ja mogłem zacząć
z nią zwyczajny small-talk, skoro tak mnie ubodła swoją krasą.
Wyminąłem obiekt bez słowa, jak przeszkodę, otworzyłem bagażnik,
syknąłem że nie mogę powiedzieć co jest w workach, zamknąłem i
wyszedłem na zewnątrz zapalić, bo w środku już się we mnie
paliło.
Nie spaliłem nawet do połowy, kiedy
pomyślałem o smsie. Nie miałem przy sobie telefonu. Rzuciłem
niedopałek w pizdu i pobiegłem na górę. W biegu wymyśliłem
pierwsze zdanie. Pierwsze zdanie jest najważniejsze. Tym razem w
mojej głowie pojawiło się zwykłe proste pytanie:- To mam być o
18? Tak proszę państwa. Nie jakieś boczenie się, podchody, tylko
konkretna propozycja. Po czym dodałem - Czy znów nie dasz rady,
kurwa? Co było już drugim zdaniem, sarkastycznym i grubiańskim
oczywiście. Popatrzyłem na tę kurwę w zdaniu i od razu
zauważyłem, że z każdej strony jakby nie patrzeć, źle wygląda.
I jeszcze pomyśli, że to o niej tak mówię, więc wyjebałem tę
kurwę ze zdania. Wypuściłem wiadomość z pierwszym,
najważniejszym, najszczerszym zdaniem oraz z drugim, po
autocenzurze. Nuta swojskości nie zawadzi. To jej bardziej
przypomni, kim jestem.
Eeech....Usiadłem w salce kinowej,
włączyłem Housa, zacząłem oglądać i czekam. Czekam i czekam i
międlę ten telefon w dłoni. No napisze coś, czy nie napisze. Tak
tym czekaniem z palącym środkiem się zaaferowałem, że wątki w
filmie pogubiłem. Niby oglądałem, a gapiłem się w ekran
bezmyślnie. A chuj, pomyślałem, koniec końców i tak House
wszystkich wyleczy. Ale co na menda odpisze, to nigdy nie wiadomo. Im
dłużej czekałem, tym więcej rozmaitych wariantów przewinęło
się przez mój struty łeb. Ostatni był taki, że wymalowała usta,
bo do kogoś jedzie. Pocieszałem się, że to może być oficjalna
wizyta, gdyż karminu na ustach nie było, tylko jarzębina. I w tym
samym momencie przyszła wiadomość. Odpisała: jeszcze do domu nie
dotarłam. No. Wreszcie mamy jakiś punkt zaczepienia! Westchnąłem
z ulgą i przewinąłem umknięte wątki z Housa. Mimo wszystko
chciałem je obejrzeć. Rozsiadłem się wygodnie na rozłożonym
fotelu, rozkraczyłem nogi i czekałem na to co powie dalej. Ekran
migał w ciemności. Wiedziałem już, że i tak się spotkamy, że
ją mam.
niedziela, 4 marca 2018
***
Wszelkie techniki są jej znane,
wszystka wiedza również. Potrafi się odpowiednio zachować,
poprzez nie epatowanie zachowaniem w ogóle. Potrafi milczeć,
cierpliwie czekać potrafi. Raz przekaże informację w tak zwanym
przelocie, cenną informację, z której jednak nie bardzo wiem co
zrobić. Nie bardzo czuję, co mam zrobić. Poza tym nie rozprasza
się, nie odwraca głowy, nie rozgląda się na lewo i prawo, tylko
mówi, mówi, mówi. A do księgarni przychodzą nowi ludzie i nim
ona się obejrzy - bo ja to widzę i rejestruję na okrągło -
knajpa już jest pełna.
niedziela, 25 lutego 2018
zmierzch
ZMIERZCH 2
***
czekamy za skałą
granat oceanu rozprysnął się wokół nas
odciął drogi powrotu
do wstającego po nocy dnia
uwiliśmy sobie gniazdo
by uchronić się przed światem
chimerami słabości
wiem że nie damy rady
schować się
przed słońcem
ale wciąż czekamy
na słońce
***
huk oceanu cichnie wieczorami
i zmienia się z lewiatana
w łagodną rybę
wchodzimy do wody
od kolan
zagłębiamy się
a czas pachnie zielonym pomostem
ostrze księżycowego sierpa
nie mierzy przeciwko nam
oświetla ocean
płyniemy bezpiecznie
jak dzieci słońca
***
za chroniącą skałą
nie obawiamy się złodziei
bo nie umiemy chować
przed sobą tajemnic
***
za chroniącą skałą
wznieśliśmy wieżę muzyki
i ustawiliśmy ją w centrum
jak totem
lecz nie tańczymy
wokół niej
nie peregrynujemy
ani nie szepczemy
modlitw
ona jest
i my przy niej
- zasłuchani
***
czekamy za skałą
granat oceanu rozprysnął się wokół nas
odciął drogi powrotu
do wstającego po nocy dnia
uwiliśmy sobie gniazdo
by uchronić się przed światem
chimerami słabości
wiem że nie damy rady
schować się
przed słońcem
ale wciąż czekamy
na słońce
***
huk oceanu cichnie wieczorami
i zmienia się z lewiatana
w łagodną rybę
wchodzimy do wody
od kolan
zagłębiamy się
a czas pachnie zielonym pomostem
ostrze księżycowego sierpa
nie mierzy przeciwko nam
oświetla ocean
płyniemy bezpiecznie
jak dzieci słońca
***
za chroniącą skałą
nie obawiamy się złodziei
bo nie umiemy chować
przed sobą tajemnic
***
za chroniącą skałą
wznieśliśmy wieżę muzyki
i ustawiliśmy ją w centrum
jak totem
lecz nie tańczymy
wokół niej
nie peregrynujemy
ani nie szepczemy
modlitw
ona jest
i my przy niej
- zasłuchani
poniedziałek, 12 lutego 2018
jestem poetą
jestem poetą
jestem poetą
jestem poetą
i muszę przypominać sobie o tym
siedząc w wannie
mocząc w wodzie stopy
którymi zmierzyłem pół Europy
mocząc bitą na kwaśne jabłko dupę
i fiuta
którym w odwecie zawędrowałem
do trzech rajskich picz
bez strachu
korzystając z gościnności
i niedzielnej kąpieli
w jej wannie
chciałbym powiedzieć o strachu
a właściwie o odkryciu
iż go nie ma
na końcu piaszczystej drogi
znikającej w środku
pradawnego lasu
wyspa
jaskrawy kolor snu
zbudził mnie bladym świtem
była taka usłużna swojej dawnej
miłości
chociaż miłość
miłość nigdy nie ulega przedawnieniu
nie jest jak wina czy zbrodnia
miłość najtrwalsza jest – niczym
szyna
pociągi snu jej nie zgniotą
zatem
zwyczajnie
dotarło do mnie
że jej rajska cipka cierpliwie
opierając się łagodnym falom
wreszcie odnalazła swój ląd
powrót
korzystając z gościny jej wanny
wygody
i przyjemności maczania stóp
fiuta i zbyt ciężkich ramion
z nie odjętą jeszcze codziennością
odnajduję prawo do powrotów
prawo do wybaczania
prawo do triumfu
a chóry anielskie brzmiałby potwornie
fałszywie
bez tych nut
nie odtrąbiając zwycięstw
powrotów
i wybaczania
na drodze do jej rajskiej cipy
don't be
Karenina 2
miłość potrzebuje bliskości
miłość potrzebuje spojrzenia
zatrzymanego w ostatniej chwili
tuż przed przyjazdem
ostatniego pociągu
spawacz
jesień
i coraz więcej świateł latarni
rzucanych na asfalt snopów
coraz dłużej i wykwintniej
świeci to światło
marnując czas na przypominanie
twojego światła
moczę fiuta w gościnnej wannie
wyłuskuję z pamięci
treść twoich oczu
i sypiące się na ziemię iskry
ślepnę
w tuszu
zanurzasz się w tej samej
gościnnej wodzie
i widzisz brud na brzegach
przebarwienia
ta jej horyzontalna czułość
zniwelowała
przykry zapach
choć niedoleczona rana
wciąż śmierdzi
wertykalnie myślisz
by jej wetknąć
nachalnie i bez „pardon”
a miłość…ona jedna
umożliwia także
nagłe powroty
ostatni dzień
ostatni wystygły szary dzień
w czarnej białostockiej
odwiedzamy stary garaż
na tyłach zarośniętych przez
nie – bycie
w środku ciemno
choć głos przemawia
że leżą tam bele szklanej waty
wiesz co zamykajmy to w pizdu
i wynośmy się
są gdzieś inne jesienie
są miejsca gotowe nas przyjąć
są rajskie piczki
nasłuchujące każdego kroku
najdrobniejszego
szelestu
powrotu
nie wiem co powiedzieć
kwadrans do spotkania. na górze już
jasno i gwarno, a na dole, przy wejściu, ciemno. wychodzę na
papierosa, zaczynam palić i oto traf - zrządzenie losu - na
papierosa wychodzi także Ignacy. wyciągam rękę, przedstawiam się.
- a ja pana skądś znam - powiada
Ignacy, dla którego te światła na górze i ten gwar.
miłe. nie ukrywam. choć pewnie raczej
niemożliwe - myślę sobie.
lecz nic nie mówię, bo nie wiem co
powiedzieć.
- opowiem panu o mewie. kiedyś byłem
w Gdańsku, siedziałem przy uchylonym oknie. nagle do środka
wleciała mewa i porwała umowę wydawniczą...
a to ci historia - myślę sobie.
ale nie odzywam się, żeby nie spłycić
anegdotki.
tej naszej, nazwijmy to - rozmowie, -
przysłuchuje się gołąb. tak, u stóp siedzi gołąb z
podkulonymi nóżkami, lekko moszcząc się na brzuszku. duży,
pocztowy, miejski gołąb.
o, ten gołąb - pomyślałem - w
niczym nie przypomina tej łobuzerskiej mewy z anegdoty Ignacego.
ale nie odzywam się. palę.
- przypomina kuropatwę - nie sądzi
pan? - zauważa Ignacy.
zaciągam się i przyglądam. no nie,
nie przypomina kuropatwy.
i nie wiem, czy to powiedzieć.
gołąb wstaje i przechodzi dalej. jest
tak nieruchawy, że zastanawiam się, czy w ogóle lata. - ów gołąb
nie wleciałby do nikogo przez okno, a już na pewno nie porwałby
ważnego dokumentu - w końcu mówię i wypuszczam żagielek dymu.
- ale mógłby go osrać! - słyszę.
- a wie pan....? - zaczyna Ignacy.
a ja dalej nie wiem co mu
powiedzieć....
a za kilkanaście minut, na spotkaniu,
Ignacy będzie grał, będzie skrajnie ironiczny i bezwzględnie
inteligentny. wszystkiemu zaprzeczy - bo ponoć tak kazali mu
prawnicy. użyje zwrotów typu: wydział prawdy zaprzecza.
pytany: czy może powiedzieć o...?
żachnie się i odpowie:
- zaczyna się. STASI!
do prowadzącej
- czy twoja mama pracowała jako
przesłuchująca?
na co prowadząca. Ignacy, dlaczego
napisałeś tę książkę?
- dla wydawcy.
a po pauzie - i dla siebie.
a po jeszcze dłuższej pauzie - ach. i
dla czytelników! zaśmieje się - przepraszam, ciągle mam wrażenie,
że o czymś istotnym zapominam.
w końcu wyzna:
- postanowiłem pójść drogą Paulo
Coelho i takich refleksji, że: dusza jest jak płomyk świecy.
itp... OPŁACA SIĘ. :D
tymczasem jest dziesięć minut przed
spotkaniem. dopalamy papierosy.
- muszę panu powiedzieć, że napisała
do mnie dziewczyna...
a ja nadal nie wiem co powiedzieć.
Subskrybuj:
Posty (Atom)