niedziela, 25 lutego 2018

zmierzch

ZMIERZCH 2


***
czekamy za skałą
granat oceanu rozprysnął się wokół nas
odciął drogi powrotu
do wstającego po nocy dnia
uwiliśmy sobie gniazdo
by uchronić się przed światem
chimerami słabości
wiem że nie damy rady
schować się
przed słońcem
ale wciąż czekamy
na słońce





***
huk oceanu cichnie wieczorami
i zmienia się z lewiatana
w łagodną rybę
wchodzimy do wody
od kolan
zagłębiamy się
a czas pachnie zielonym pomostem
ostrze księżycowego sierpa
nie mierzy przeciwko nam
oświetla ocean
płyniemy bezpiecznie
jak dzieci słońca




***
za chroniącą skałą
nie obawiamy się złodziei
bo nie umiemy chować
przed sobą tajemnic






***
za chroniącą skałą
wznieśliśmy wieżę muzyki
i ustawiliśmy ją w centrum
jak totem
lecz nie tańczymy
wokół niej
nie peregrynujemy
ani nie szepczemy
modlitw
ona jest
i my przy niej
- zasłuchani

poniedziałek, 12 lutego 2018


jestem poetą

jestem poetą
jestem poetą
jestem poetą
i muszę przypominać sobie o tym
siedząc w wannie
mocząc w wodzie stopy
którymi zmierzyłem pół Europy
mocząc bitą na kwaśne jabłko dupę
i fiuta
którym w odwecie zawędrowałem
do trzech rajskich picz







bez strachu

korzystając z gościnności
i niedzielnej kąpieli
w jej wannie
chciałbym powiedzieć o strachu
a właściwie o odkryciu
iż go nie ma
na końcu piaszczystej drogi
znikającej w środku
pradawnego lasu


wyspa

jaskrawy kolor snu
zbudził mnie bladym świtem
była taka usłużna swojej dawnej miłości
chociaż miłość
miłość nigdy nie ulega przedawnieniu

nie jest jak wina czy zbrodnia
miłość najtrwalsza jest – niczym szyna
pociągi snu jej nie zgniotą

zatem
zwyczajnie
dotarło do mnie
że jej rajska cipka cierpliwie opierając się łagodnym falom
wreszcie odnalazła swój ląd



powrót

korzystając z gościny jej wanny
wygody
i przyjemności maczania stóp
fiuta i zbyt ciężkich ramion
z nie odjętą jeszcze codziennością

odnajduję prawo do powrotów

prawo do wybaczania
prawo do triumfu
a chóry anielskie brzmiałby potwornie fałszywie
bez tych nut
nie odtrąbiając zwycięstw
powrotów
i wybaczania
na drodze do jej rajskiej cipy




don't be Karenina 2

miłość potrzebuje bliskości
miłość potrzebuje spojrzenia
zatrzymanego w ostatniej chwili

tuż przed przyjazdem
ostatniego pociągu




spawacz

jesień
i coraz więcej świateł latarni
rzucanych na asfalt snopów
coraz dłużej i wykwintniej
świeci to światło

marnując czas na przypominanie
twojego światła
moczę fiuta w gościnnej wannie
wyłuskuję z pamięci
treść twoich oczu
i sypiące się na ziemię iskry





ślepnę w tuszu

zanurzasz się w tej samej
gościnnej wodzie
i widzisz brud na brzegach
przebarwienia
ta jej horyzontalna czułość
zniwelowała
przykry zapach
choć niedoleczona rana
wciąż śmierdzi

wertykalnie myślisz
by jej wetknąć
nachalnie i bez „pardon”

a miłość…ona jedna
umożliwia także
nagłe powroty





ostatni dzień

ostatni wystygły szary dzień
w czarnej białostockiej
odwiedzamy stary garaż
na tyłach zarośniętych przez
nie – bycie
w środku ciemno
choć głos przemawia
że leżą tam bele szklanej waty
wiesz co zamykajmy to w pizdu
i wynośmy się
są gdzieś inne jesienie
są miejsca gotowe nas przyjąć
są rajskie piczki
nasłuchujące każdego kroku
najdrobniejszego
szelestu
powrotu




nie wiem co powiedzieć

kwadrans do spotkania. na górze już jasno i gwarno, a na dole, przy wejściu, ciemno. wychodzę na papierosa, zaczynam palić i oto traf - zrządzenie losu - na papierosa wychodzi także Ignacy. wyciągam rękę, przedstawiam się.
- a ja pana skądś znam - powiada Ignacy, dla którego te światła na górze i ten gwar.
miłe. nie ukrywam. choć pewnie raczej niemożliwe - myślę sobie.
lecz nic nie mówię, bo nie wiem co powiedzieć.

- opowiem panu o mewie. kiedyś byłem w Gdańsku, siedziałem przy uchylonym oknie. nagle do środka wleciała mewa i porwała umowę wydawniczą...
a to ci historia - myślę sobie.
ale nie odzywam się, żeby nie spłycić anegdotki.

tej naszej, nazwijmy to - rozmowie, - przysłuchuje się gołąb. tak, u stóp siedzi gołąb z podkulonymi nóżkami, lekko moszcząc się na brzuszku. duży, pocztowy, miejski gołąb.
o, ten gołąb - pomyślałem - w niczym nie przypomina tej łobuzerskiej mewy z anegdoty Ignacego.
ale nie odzywam się. palę.
- przypomina kuropatwę - nie sądzi pan? - zauważa Ignacy.
zaciągam się i przyglądam. no nie, nie przypomina kuropatwy.
i nie wiem, czy to powiedzieć.

gołąb wstaje i przechodzi dalej. jest tak nieruchawy, że zastanawiam się, czy w ogóle lata. - ów gołąb nie wleciałby do nikogo przez okno, a już na pewno nie porwałby ważnego dokumentu - w końcu mówię i wypuszczam żagielek dymu.
- ale mógłby go osrać! - słyszę.

- a wie pan....? - zaczyna Ignacy.
a ja dalej nie wiem co mu powiedzieć....

a za kilkanaście minut, na spotkaniu, Ignacy będzie grał, będzie skrajnie ironiczny i bezwzględnie inteligentny. wszystkiemu zaprzeczy - bo ponoć tak kazali mu prawnicy. użyje zwrotów typu: wydział prawdy zaprzecza.
pytany: czy może powiedzieć o...?
żachnie się i odpowie:
- zaczyna się. STASI!
do prowadzącej
- czy twoja mama pracowała jako przesłuchująca?
na co prowadząca. Ignacy, dlaczego napisałeś tę książkę?
- dla wydawcy.
a po pauzie - i dla siebie.
a po jeszcze dłuższej pauzie - ach. i dla czytelników! zaśmieje się - przepraszam, ciągle mam wrażenie, że o czymś istotnym zapominam.
w końcu wyzna:
- postanowiłem pójść drogą Paulo Coelho i takich refleksji, że: dusza jest jak płomyk świecy. itp... OPŁACA SIĘ. :D

tymczasem jest dziesięć minut przed spotkaniem. dopalamy papierosy.
- muszę panu powiedzieć, że napisała do mnie dziewczyna...

a ja nadal nie wiem co powiedzieć.