Tego dnia byłem tak nie w sosie, tak
unikalnie wydrenowany, że przez pół dnia w pracy zadręczałem
swoją Izę cierpkimi zdaniami o potrzebie rychłego przejścia na
emeryturę, zazdroszczenia starcom, a także o tym, że w takim
stanie w ogóle pracować mi się nie chce. Znosiła to życzliwie,
aż do momentu, kiedy skierowała do mnie pytanie, czy można komuś
choremu na schizofrenię, powiedzieć, że ją ma? Bez namysłu, jako
ekspert od wszystkiego w takich chwilach, odpowiedziałem jej, że
nie tylko można, ale nawet trzeba! Ochotnie przedstawiłem wyższość
mówienia od nie mówienia, dodając na koniec, że tylko prawda nas
wyzwoli. I dopiero kiedy skończyłem gadać, zapaliła mi się we
łbie czerwona lampka, informująca że ona to przecież o mnie mówi!
A to spryciara. Nawet jeśli nie myślała o mnie, to wiedziała, że
o sobie pomyślę. Ech, czułem się jak królowa przyduszona laufrem
koniem i wieżą. Co najwyżej mogłem iść na remis, stracić swój
ruch, przyznać się i zamknąć gębę. Inne rozwiązania
skazywałyby mnie na porażkę. Wybrałem remis. Zamknąłem się,
posiedziałem kwadrans, następnie włożyłem kurtkę i odęty
oznajmiłem, że wychodzę na kawę. Do Akcentu.
Po powrocie zasiadłem do pisania
protokołu z ostatniego zebrania kierowników i dopiero to mnie z
wolna uspokajało. Uspokajało, uspokajało, aż kiedy skończyłem
pisać - na dobre uspokoiło. Kolejny raz, samo pisanie, nawet
zwykłego protokołu, okazało się najlepszym lekarstwem na
rozcharataną duszę.
Tego dnia, po pracy, czyli po
siedemnastej, miałem w planach zniesienie worków do samochodu.
Przez tydzień pakowałem w nie to, co uważałem za zawalające i
niepotrzebne w skarbcu. Czyjeś zeszyty, zdjęcia, ulotki
okolicznościowe, jakieś pozostałości po dawnych wystawach. Nie
mogłem tego wyrzucić oficjalnie, do firmowego kosza, więc
postanowiłem, że wywiozę do Czarnej, i że przy jakiejś okazji,
wspólnie z ojcem to spalimy. Zadzwoniłem, powiedział, że się
zgadza, więc chwyciłem dwa worki, zniosłem je na dół, wrzuciłem
do bagażnika i wróciłem po następne. Wszedłem do windy,
zjechałem w dół, wszedłem do garażu, a tu oczom mym ukazuje się
- Księżna - jop jego mać, w swojej pełnej krasie. A być może
nie w pełnej, bo nie zwróciłem uwagi, czy Księżna jop jego mać
ma na sobie kieckę, spod której wychodzą znajome iksy. Tym razem
uwagę przykuły usta. Były czerwone, jak - przepraszam za gówniane
porównanie - dojrzała jarzębina. To jeszcze nie był burgund, ani
nawet karmin, ale ten odcień już do całowania się niebezpiecznie
zbliżał. Stała w krasie, tylko do kogo się skradała, wszak dawno
jej nie widziałem z barwionymi ustami. I jakże ja mogłem zacząć
z nią zwyczajny small-talk, skoro tak mnie ubodła swoją krasą.
Wyminąłem obiekt bez słowa, jak przeszkodę, otworzyłem bagażnik,
syknąłem że nie mogę powiedzieć co jest w workach, zamknąłem i
wyszedłem na zewnątrz zapalić, bo w środku już się we mnie
paliło.
Nie spaliłem nawet do połowy, kiedy
pomyślałem o smsie. Nie miałem przy sobie telefonu. Rzuciłem
niedopałek w pizdu i pobiegłem na górę. W biegu wymyśliłem
pierwsze zdanie. Pierwsze zdanie jest najważniejsze. Tym razem w
mojej głowie pojawiło się zwykłe proste pytanie:- To mam być o
18? Tak proszę państwa. Nie jakieś boczenie się, podchody, tylko
konkretna propozycja. Po czym dodałem - Czy znów nie dasz rady,
kurwa? Co było już drugim zdaniem, sarkastycznym i grubiańskim
oczywiście. Popatrzyłem na tę kurwę w zdaniu i od razu
zauważyłem, że z każdej strony jakby nie patrzeć, źle wygląda.
I jeszcze pomyśli, że to o niej tak mówię, więc wyjebałem tę
kurwę ze zdania. Wypuściłem wiadomość z pierwszym,
najważniejszym, najszczerszym zdaniem oraz z drugim, po
autocenzurze. Nuta swojskości nie zawadzi. To jej bardziej
przypomni, kim jestem.
Eeech....Usiadłem w salce kinowej,
włączyłem Housa, zacząłem oglądać i czekam. Czekam i czekam i
międlę ten telefon w dłoni. No napisze coś, czy nie napisze. Tak
tym czekaniem z palącym środkiem się zaaferowałem, że wątki w
filmie pogubiłem. Niby oglądałem, a gapiłem się w ekran
bezmyślnie. A chuj, pomyślałem, koniec końców i tak House
wszystkich wyleczy. Ale co na menda odpisze, to nigdy nie wiadomo. Im
dłużej czekałem, tym więcej rozmaitych wariantów przewinęło
się przez mój struty łeb. Ostatni był taki, że wymalowała usta,
bo do kogoś jedzie. Pocieszałem się, że to może być oficjalna
wizyta, gdyż karminu na ustach nie było, tylko jarzębina. I w tym
samym momencie przyszła wiadomość. Odpisała: jeszcze do domu nie
dotarłam. No. Wreszcie mamy jakiś punkt zaczepienia! Westchnąłem
z ulgą i przewinąłem umknięte wątki z Housa. Mimo wszystko
chciałem je obejrzeć. Rozsiadłem się wygodnie na rozłożonym
fotelu, rozkraczyłem nogi i czekałem na to co powie dalej. Ekran
migał w ciemności. Wiedziałem już, że i tak się spotkamy, że
ją mam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz