wtorek, 3 kwietnia 2018

chujosis


Tego dnia byłem tak nie w sosie, tak unikalnie wydrenowany, że przez pół dnia w pracy zadręczałem swoją Izę cierpkimi zdaniami o potrzebie rychłego przejścia na emeryturę, zazdroszczenia starcom, a także o tym, że w takim stanie w ogóle pracować mi się nie chce. Znosiła to życzliwie, aż do momentu, kiedy skierowała do mnie pytanie, czy można komuś choremu na schizofrenię, powiedzieć, że ją ma? Bez namysłu, jako ekspert od wszystkiego w takich chwilach, odpowiedziałem jej, że nie tylko można, ale nawet trzeba! Ochotnie przedstawiłem wyższość mówienia od nie mówienia, dodając na koniec, że tylko prawda nas wyzwoli. I dopiero kiedy skończyłem gadać, zapaliła mi się we łbie czerwona lampka, informująca że ona to przecież o mnie mówi! A to spryciara. Nawet jeśli nie myślała o mnie, to wiedziała, że o sobie pomyślę. Ech, czułem się jak królowa przyduszona laufrem koniem i wieżą. Co najwyżej mogłem iść na remis, stracić swój ruch, przyznać się i zamknąć gębę. Inne rozwiązania skazywałyby mnie na porażkę. Wybrałem remis. Zamknąłem się, posiedziałem kwadrans, następnie włożyłem kurtkę i odęty oznajmiłem, że wychodzę na kawę. Do Akcentu.

Po powrocie zasiadłem do pisania protokołu z ostatniego zebrania kierowników i dopiero to mnie z wolna uspokajało. Uspokajało, uspokajało, aż kiedy skończyłem pisać - na dobre uspokoiło. Kolejny raz, samo pisanie, nawet zwykłego protokołu, okazało się najlepszym lekarstwem na rozcharataną duszę.

Tego dnia, po pracy, czyli po siedemnastej, miałem w planach zniesienie worków do samochodu. Przez tydzień pakowałem w nie to, co uważałem za zawalające i niepotrzebne w skarbcu. Czyjeś zeszyty, zdjęcia, ulotki okolicznościowe, jakieś pozostałości po dawnych wystawach. Nie mogłem tego wyrzucić oficjalnie, do firmowego kosza, więc postanowiłem, że wywiozę do Czarnej, i że przy jakiejś okazji, wspólnie z ojcem to spalimy. Zadzwoniłem, powiedział, że się zgadza, więc chwyciłem dwa worki, zniosłem je na dół, wrzuciłem do bagażnika i wróciłem po następne. Wszedłem do windy, zjechałem w dół, wszedłem do garażu, a tu oczom mym ukazuje się - Księżna - jop jego mać, w swojej pełnej krasie. A być może nie w pełnej, bo nie zwróciłem uwagi, czy Księżna jop jego mać ma na sobie kieckę, spod której wychodzą znajome iksy. Tym razem uwagę przykuły usta. Były czerwone, jak - przepraszam za gówniane porównanie - dojrzała jarzębina. To jeszcze nie był burgund, ani nawet karmin, ale ten odcień już do całowania się niebezpiecznie zbliżał. Stała w krasie, tylko do kogo się skradała, wszak dawno jej nie widziałem z barwionymi ustami. I jakże ja mogłem zacząć z nią zwyczajny small-talk, skoro tak mnie ubodła swoją krasą. Wyminąłem obiekt bez słowa, jak przeszkodę, otworzyłem bagażnik, syknąłem że nie mogę powiedzieć co jest w workach, zamknąłem i wyszedłem na zewnątrz zapalić, bo w środku już się we mnie paliło.

Nie spaliłem nawet do połowy, kiedy pomyślałem o smsie. Nie miałem przy sobie telefonu. Rzuciłem niedopałek w pizdu i pobiegłem na górę. W biegu wymyśliłem pierwsze zdanie. Pierwsze zdanie jest najważniejsze. Tym razem w mojej głowie pojawiło się zwykłe proste pytanie:- To mam być o 18? Tak proszę państwa. Nie jakieś boczenie się, podchody, tylko konkretna propozycja. Po czym dodałem - Czy znów nie dasz rady, kurwa? Co było już drugim zdaniem, sarkastycznym i grubiańskim oczywiście. Popatrzyłem na tę kurwę w zdaniu i od razu zauważyłem, że z każdej strony jakby nie patrzeć, źle wygląda. I jeszcze pomyśli, że to o niej tak mówię, więc wyjebałem tę kurwę ze zdania. Wypuściłem wiadomość z pierwszym, najważniejszym, najszczerszym zdaniem oraz z drugim, po autocenzurze. Nuta swojskości nie zawadzi. To jej bardziej przypomni, kim jestem.

Eeech....Usiadłem w salce kinowej, włączyłem Housa, zacząłem oglądać i czekam. Czekam i czekam i międlę ten telefon w dłoni. No napisze coś, czy nie napisze. Tak tym czekaniem z palącym środkiem się zaaferowałem, że wątki w filmie pogubiłem. Niby oglądałem, a gapiłem się w ekran bezmyślnie. A chuj, pomyślałem, koniec końców i tak House wszystkich wyleczy. Ale co na menda odpisze, to nigdy nie wiadomo. Im dłużej czekałem, tym więcej rozmaitych wariantów przewinęło się przez mój struty łeb. Ostatni był taki, że wymalowała usta, bo do kogoś jedzie. Pocieszałem się, że to może być oficjalna wizyta, gdyż karminu na ustach nie było, tylko jarzębina. I w tym samym momencie przyszła wiadomość. Odpisała: jeszcze do domu nie dotarłam. No. Wreszcie mamy jakiś punkt zaczepienia! Westchnąłem z ulgą i przewinąłem umknięte wątki z Housa. Mimo wszystko chciałem je obejrzeć. Rozsiadłem się wygodnie na rozłożonym fotelu, rozkraczyłem nogi i czekałem na to co powie dalej. Ekran migał w ciemności. Wiedziałem już, że i tak się spotkamy, że ją mam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz